Człowieczeństwo w obliczu wojny, cz. 2

Druga odsłona opowieści o ludziach, którzy w mniejszym lub większym stopniu doświadczyli tragedii wojny. Tym razem przeniesiemy się do jednego z miast Ukrainy, by wysłuchać bardzo szczerej i emocjonalnej historii.

Początek inwazji

Dobrze to pamiętam. Obudziłem się o trzeciej nad ranem. Włączyłem telewizor. Nikt niczego nie wiedział. Nie wierzył, że to może się wydarzyć. Przysnąłem. O godzinie czwartej obudziła mnie żona. Powiedziała, że zaczęła się wojna. Taka wojna, jaką widzieliśmy tylko w filmach. Nie wierzyłem w to, ale usłyszałem wybuchy rakiet. Było to coś strasznego. Nikt nie wiedział, co robić. W telewizji nic na ten temat nie mówili. Podawano jedynie które miasta się poddają, na które spadają rakiety, ilu kacapów maszeruje.

Zbrojne Siły Ukrainy

Na trzeci dzień poszliśmy z kolegami zaciągnąć się do wojska. Była niewyobrażalna kolejka. Chyba parę tysięcy ludzi. Zapisywali się na ochotnika. Kto mógł, chciał iść na front. Przyszła moja kolej. Zapytali, czy mam broń. Odpowiedziałem, że tylko nóż, nic więcej. Powiedzieli, że takich jak ja są tysiące. Nie chcą brać też do wojska ludzi w moim wieku, wolą młodszych. Poprosili jednak o mój adres, numer telefonu i kazali czekać. Czekam do tej pory. Ale już mam broń (śmiech). Po pół roku wyrobiłem na nią zezwolenie. Miałem niewiele pieniędzy. Odkładałem je, chciałem kupić sobie profesjonalną spawarkę, ale ona może zaczekać.

Pierwsze tygodnie po inwazji

Pierwsze tygodnie po inwazji były ciężkie. Nikt nie wiedział, co robić. Kupiliśmy zapasy wody, konserw. Staraliśmy się trzymać razem. Radia oddaliśmy chłopcom jadącym na front. Co mogliśmy, to im oddawaliśmy. Kupowaliśmy im jedzenie, napoje, elementy wojskowego wyposażenia. Słuchaliśmy wieści, ile kacapskich samolotów udało się zestrzelić. Zrozumieliśmy też, że naszych również sporo ginie.

Wojenna codzienność

Ciężko było wytrzymać moralnie. Coś niewyobrażalnego. Nikt nie mógł przyjąć do wiadomości, że takie rzeczy mogą się dziać w XXI wieku. Do miasta przyjeżdżało dużo ludzi ze wschodu. Przyjeżdżali i jechali dalej: do Polski, Niemiec, Włoch… My postanowiliśmy zostać w mieście. Moi rodzice i siostra są już dawno w Polsce. Chcieli, żebyśmy do nich przyjechali. Nie zgodziliśmy się. Jestem Polakiem. Mieszkamy w mieście od dziesięciu pokoleń. Mój przodek budował kościół. Jak ja to mogę wszystko teraz zostawić? Poza tym żadnych utrudnień nie było. Mam samochód, woziłem ludzi. Za darmo oczywiście. Pomagaliśmy sobie, jak mogliśmy.

Jak zmieniła się nasza życiowa sytuacja

Ciężko powiedzieć. Zwyczajnie zapomnieliśmy jak było przed inwazją. Było dobrze. Człowiek przywyknie do wszystkiego. Teraz w mieście jest nawet spokojnie. Mamy nadzieję, że wojna trochę się wyciszy, uspokoi. Tak, teraz jest spokojnie. Pomagamy naszym braciom na froncie. Zbieramy pieniądze, jedzenie, wodę, jakieś śpiwory zimowe. Pomagamy, czym możemy.

Jak widzę przyszłość, gdy wojna się skończy

Myślę, że jeszcze niejedno pokolenie nie przebaczy tym kacapom. Zabili wielu ludzi. Ja im nie przebaczę. Pamiętam, jak moje dziecko siedziało w piwnicy, gdy nad miastem latały drony. Ja im tego nie przebaczę. Ale wszystko będzie dobrze.

Od autora:

Kacapy, orki – najdelikatniejsze określenia stosowane na Rosjan przez Ukraińców. Z szacunku do rozmówcy pozostawiam je w oryginale.

Wszystkie wydarzenia zawarte w tekście wydarzyły się naprawdę. Informacje, które mogłyby posłużyć do ewentualnej identyfikacji ludzi i miejsc zostały przeze mnie celowo pominięte.

Ciąg dalszy nastąpi

Autor: Piotr Zarośliński

Fot: Gazeta Prawna/archiwum prywatne

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *