dojrzałość polityczna

Dojrzałość polityczna

\"dojrzałość

Zanim wypowiem się na temat źle interpretowanej kabały politycznej oraz wskażę komu należy wylać kubeł zimnej wody na głowę, by zgasić zbyt silne i nieuzasadnione podniecenie, wspomnę w mocno okrojonym wymiarze o moim dojrzewaniu politycznym. Bez przypomnienia fundamentu, na bazie którego zbudowano III RP oraz tego, co osobiście doświadczyłem w swoim życiu, opinia jaką wyrażę w felietonie może być niezrozumiała.

Pierwszy kontakt z polityką na studiach

Pierwszy etap dojrzewania przypada na rok 1979. W październiku rozpoczynałem studia na I roku zootechniki AR w Lublinie. Na inaugurację roku akademickiego przybył do Lublina ówczesny I sekretarz partii, Edward Gierek. Miało to związek z otwarciem nowego budynku rektoratu UMCS. Spotkanie ze studentami zostało zaplanowane w hali MOSiR. Brać inteligencka nie mogła pokazać się tam w swetrach zrobionych przez matki na drutach (ówczesny standard) i wytartych dżinsach z wypchanymi kolanami.

Po akademikach chodzili więc agitatorzy, działacze organizacji studenckiej, którzy zachęcali do wzięcia udziału w wiecu z autorem słynnego zapytania „pomożecie?”, kusząc drobną „łapówką”, w postaci białej lub błękitnej koszuli cenionej Wólczanki, z dodatkiem czerwonego krawata. Zwis męski z logo ZSMP służył potem wielu elegantom do polerowania butów. Koszula natomiast niejednemu osobnikowi nasiąkała potem w trakcie egzaminów semestralnych. Otrzymujący oba fanty trafiał na listę, którą weryfikowano przy wejściu na obiekt sportowy. W przypadku nieobecności dary należało zwrócić. Pamiętam jak ci, którzy połasili się na elegancką koszulę, długo cieszyli się ze swojej zaradności.

Z wieloma osobami z tego grona, debatowałem w akademiku przy tanim winie, w sobotni wieczór. Konsumpcji płynu z dużą zawartością siarki towarzyszyła gorąca dyskusja na temat porządku, a raczej jego braku, w epoce PRL. Współbiesiadnicy okazywali się być przeciwnikami panującego ustroju i przewodniej roli PZPR. Jednakże dla darmowego elementu garderoby poszli głośno klaskać i skandować „Gierek, Gierek, Gierek” oraz chóralnie odpowiadać „niech żyje, niech żyje” na okrzyk kogoś z publiki „Towarzysz Edward Gierek?”.

Z podobnym rozdwojeniem jaźni u ludzi z mojego pokolenia, spotkałem się za kilkanaście miesięcy, będąc członkiem komitetu założycielskiego Niezależnego Zrzeszenia Studentów na AR. Po zarejestrowaniu organizacji grupę inicjatywną czekała ciężka orka podczas agitacji do zrzeszenia. Ludzie na mojej uczelni nie wykazywali bowiem chęci wstąpienia do organizacji, z obawy przed represjami ze strony władz uczelni, działających w imieniu władz państwa. Natomiast jesienią 1981 r., kiedy rozpoczęły się strajki studenckie, zaczął się masowy napływ członków do NZS. Można było wówczas byczyć się, leżąc na materacach rozłożonych w uczelnianych salach, chłopi dowozili smaczne jedzenie, a co najważniejsze sale były koedukacyjne. Nie brakowało umilających strajkowanie gitar. Jednym słowem, panował sielski klimat, wesoło, z pieśnią na ustach, spędzano kolejne dni. A ja po raz kolejny przeżyłem zawód z powodu koniunkturalnej postawy ludzi.

Polityka lokalna

Wykonam przeskok o dekadę, do gospodarki rynkowej. Warto pamiętać, że nową rzeczywistość polityczno-gospodarczą budowali w Polsce nie przybysze z kosmosu, ale ludzie pokroju tych, których poznałem w czasie studiów. Wprowadzany w życie plan Balcerowicza zakładał walkę z inflacją, a nie z pozostawionym w spadku nepotyzmem, kumoterstwem i prywatą. Już wkrótce o tej spuściźnie boleśnie przekonałem się, po przejęciu władzy w moim mieście przez ludzi z tzw. styropianu. Edukację polityczną najsilniej zgłębiałem od 1994 roku, kiedy zostałem radnym Kraśnika.

Miasto przed II kadencją samorządów zostało podzielone na okręgi jednomandatowe, a więc w skład rady weszły osoby mające w każdym najwięcej głosów. Szyld partyjny nie odgrywał wówczas roli, co otworzyło drzwi do współrządzenia przed osobami niezależnymi, takimi jak ja. Zabawne dla mnie było, że liczni, czołowi w moim mieście komuniści, przystąpili do wyborów deklarując bezpartyjność i niezależność. Natychmiast po wejściu w skład organu uchwałodawczego pokazali, że tak nie jest i nadal łączy ich przyjaźń wyniesiona z dawnej „przewodniej siły narodu”. Podobnie zachowywał się „styropian”.

Szybko okazało się, że jestem singlem i rozumiałem z jakiego budulca powstaje nowy fundament naszego państwo. Kluczem do kariery stało się okłamywanie wyborców. To, co działo się od początku nowej rzeczywistości gospodarczej trafnie określa zwrot „każdy chce nachapać się”. Mandat sprawowałem ponownie, startując w 2002 roku z bezpartyjnego komitetu wyborczego. Były to bodajże ostatnie wybory, w których idący do urn nie patrzyli, jaki szyld partyjny zdobi kandydata. Działalność w radzie, w moim przypadku nie wiązała się z uprawianiem polityki.

Okazała się więc mocno stresująca. Może właśnie dlatego, że to pole aktywności człowieka mnie nie interesowało, gdyż chciałem coś robić i zmieniać świat. Przy napychaniu sobie kieszeni przez lokalnych polityków nie istniał podział na tych co robią to szybciej lub wolniej. Tak samo postępowali czarni i czerwoni. Bardzo długo byłem naiwny i nie potrafiłem zrozumieć, że często powtarzane w Polsce powiedzenie o grabiach, które wykonują ruch wyłącznie w jednym kierunku, jest nienaruszalną zasadą. Wydawało mi się, że siła argumentów może wpływać na ludzi. Żeby wzmocnić przekaz, działalność w radzie łączyłem z dziennikarską, w wydawanej przez siebie gazecie lokalnej „Nowiny Kraśnickie”. W samorządzie ostatecznie zaliczyłem srogą lekcję.

Praca z posłem i dziennikarstwo

Bliższy związek z dużą polityką dało mi zatrudnienie w biurze lokalnego posła. Nie został przede mną postawiony warunek wstąpienia do partii. Liczyła się wiedza dziennikarska i znajomość funkcjonowania samorządu. Do moich zadań należało zbieranie informacji i na tej podstawie pisanie interpelacji oraz kontakt z samorządami w okręgu wybrańca narodu. W sumie do kancelarii Sejmu wpłynęło ponad 100 zapytań mojego autorstwa. Po trzech latach pracy poprosiłem o rozwiązanie umowy.

Lata spędzone w samorządzie, aktywność dziennikarza niezależnego i praca u boku polityka odcisnęły ogromne piętno. W ciągu ćwierćwiecza naprawiania świata nie brakowało przecież walki w słusznej sprawie, napięcia, porażek, procesów sądowych, postępowań prokuratorskich, a przede wszystkim stresu, który osłabia odporność organizmu. Zapłaciłem za to wysoką cenę, przeszedłem jedną z najcięższych chorób, jaką jest nowotwór złośliwy. Po zakończeniu walki z rakiem wyhamowywałem, choć nie było takie łatwe. Powoli mój umysł nachodziły refleksje, dokonywała się analiza życia i następowało dojrzewanie do tego, co jest w nim naprawdę ważne. Po paru latach pracy nad sobą mogłem powiedzieć – nastąpił obrót o 180 stopni.

Podział Polaków się nasila

Moim umysłem zawładnęło inne spojrzenie na świat i otaczającą rzeczywistość, tę bliską, lokalną oraz kreowaną w Warszawie. Inaczej widzę wiele rzeczy, dlatego mniej emocjonalnie podchodzę do toczącej się w naszym kraju wojenki dwóch plemion. Lepiej czuję się teraz jako obserwator, choć sporadycznie wchodzę w buty komentatora. Ostatni epizod w historii naszego kraju uruchomił wulkan drzemiący we mnie, na tyle silnie, że postanowiłem coś powiedzieć. Chodzi o wysoką frekwencję w wyborach parlamentarnych.

Nie podzielam entuzjazmu polityków, twierdzących, że świadczy ona o dojrzałości Polaków i odpowiedzialności za ojczyznę. Dla mnie jest to wyłącznie efekt straszenia obywateli przez dwie stacje telewizyjne i zantagonizowania narodu do granic rozsądku. Obie stacje są nie tylko medialnymi tubami zwalczających się plemion, ale także ich zbrojnym ramieniem. Doszło wręcz do zdegradowania czwartej władzy, zdeptania przypisywanej mediom roli w państwie. Dobitnie pokazano, że w polskiej rzeczywistości politycy stali się pracodawcami, bezpośrednimi lub pośrednimi, dziennikarzy, dlatego ci ostatni są wobec nich dyspozycyjni.

O straszeniu Polaków Polakami powinno się już pisać prace naukowe. Przewiduję, że w nieodległej przyszłości usłyszymy o nadawaniu tytułów naukowych badaczom tego zjawiska. Przyznam, że mam czasami niezłą rozrywkę, obserwując skaczących sobie do oczu ludzi znad Wisły. Jako osoba niezależna zajmuję wygodne miejsce na ambonie i świadom powagi sytuacji z zaciekawieniem śledzę, jak jelenie walczą na rykowisku. Pewna stacja telewizyjna przed paroma laty ogłupiała wpatrzonych w nią tym, że rządzący planują zabierać obywatelom paszporty. Kiedy dziś pytam zwolenników tego źródła informacji o konkretną datę i o to, gdzie zostawić mój ukochany paszport, udają, że nie pamiętają czczej paplaniny płynącej z żółto-niebieskiego ekranu.

Ostatnio, ta sama stacja mocno zachęcała do „klepania kos i stawiania ich na sztorc”, a dokładnie do udziału w boju o tak zwane demokratyczne państwo, które w jej oczach ma wyglądać tak, że jegomoście tacy jak K. czy N. – w sumie zgodnie z doktryną Neumanna – powinni przebywać na wolności. Tuż przed pójściem do urn straszono zwolenników adopcji dzieci, przez kochających się panów, twierdzeniem, że istnieje rzekomo scenariusz wyprowadzenia wojsk na ulice polskich miast przez rządzących. Jak już wiemy, nie odbezpieczono nawet jednego karabinu. Druga zaś strona, i im podporządkowana, a raczej zawłaszczona stacja TV, stale ostrzegała zwolenników Zenka Martyniuka przed okupacją niemiecką. Niezbyt regularnie ją oglądałem, dlatego nie wiem czy przypadkiem nie wmawiano entuzjastom, że widziano spacerującego po Gdańsku staruszka z charakterystycznym wąskim wąsikiem pod nosem. podpierającego się laską.

Myślę, że obie stacje bywają śmieszne. Pamiętam dobrze, jak komuniści, ponoć nielubiani przez oba rywalizujące między Bugiem a Odrą plemiona, stale straszyli mnie w młodości Zachodem. Musieliśmy więc zbroić się po zęby i utrzymywać w gotowości ogromną armię, gdyż mityczny „Zachód” chciał nas zniewolić. Wiele osób mówiło wówczas, że chciałoby tego doczekać. Nie zatarł się w mojej pamięci obraz tamtej epoki, bez odrobiny przesady mogę stwierdzić, że zdmuchnięto kurz z dawnych broszur propagandowych. „Fachowcy” powołani po obu stronach barykady do sterowania poglądami, głównie ludzi w średnim wieku i młodszych, słabo lub wcale nie pamiętających PRLu, stosują stare wzorce agitki, dokonując zaledwie kilku drobnych korekt.

Z czego wynikała rekordowa frekwencja?

Kończąc wywód wyłuszczę opinię, której nie usłyszycie w żadnej z „bliźniaczych” stacji telewizyjnych. Dla mnie wysoka frekwencja, to nie jest wynik większego zainteresowania Polaków sprawami publicznymi, ale stosowania bardziej precyzyjnych i wyrafinowanych metod szczucia jednych na drugich.

Szanowni politycy, to nie z szacunku dla was ludzie godzinami stali w kolejkach do lokali wyborczych. I obym okazał się złym prorokiem, i nie potwierdziły się moje obawy, że kiedyś obie szczujące grupy stoczą krwawy bój na ulicach polskich miast, gdy ten przy urnach okaże się niewystarczający.

Autor: Mirosław Sznajder

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *