„Kos” Pawła Maślony – Kościuszko, jakiego się nie spodziewacie

Dziś trafił na duże ekrany długo oczekiwany „Kos” Pawła Maślony, laureat Złotych Lwów na festiwalu w Gdyni i zdobywca Paszportu „Polityki”. Czy warto wybrać się na seans tego nietypowego kina historycznego?

\"\"

W ubiegły piątek odbyła się w rzeszowskim kinie „Zorza” uroczysta premiera filmu „Kos”, w której miałem przyjemność uczestniczyć. Jeszcze przed rozpoczęciem seansu mogliśmy wysłuchać kilku zdań od producentów oraz reżysera filmu, Pawła Maślony. Obecni byli także aktorzy grający w filmie pierwsze skrzypce: Robert Więckiewicz, Łukasz Simlat i Matylda Giegżno. Poza kurtuazyjnymi stwierdzeniami mogliśmy się dowiedzieć od Pawła Maślony, że „Łukasz Simlat był prawdziwym wariatem na scenie. Podobnie zresztą Więckiewicz”. Zapowiadało się intrygująco…

Kościuszko jednym z dwóch głównych bohaterów

I już od początku ci, którzy poszli na seans „w ciemno” mogli poczuć się zaskoczeni. W pierwszej scenie bowiem pojawia się obok tytułowego Kościuszki (w tej roli Jacek Braciak) czarnoskóry mężczyzna. Jak się okazuje była to postać historyczna, wierny przyjaciel generała i były amerykański niewolnik, Domingo, z którym „Kos” wraca po wygnaniu do kraju. Jego tropem podąża rosyjski rotmistrz Dunin (grany właśnie przez Więckiewicza), który za wszelką cenę próbuje schwytać polskiego dowódcę, zanim ten doprowadzi do wybuchu powstania.

Równolegle śledzimy losy młodego chłopa Ignaca (Bartosz Bielenia), w rzeczywistości szlacheckiego bękarta – drugiego obok Kościuszki głównego bohatera filmu Maślony. W dniu śmierci ojca udaje się mu przechwycić testament, w którym ma być zapis dotyczący jego udziału w spadku, i uciec. Podąża za nim jedyny „prawowity” spadkobierca, Stanisław (Piotr Pacek), który także ma pewien interes dotyczący Kościuszki.

Atmosfera się zagęszcza, gdy do jednego pomieszczenia – w dworku Pułkownikowej (Agnieszka Grochowska) trafiają stopniowo wszystkie kluczowe dla akcji postacie. Sytuacja robi się coraz bardziej napięta, a jeden fałszywy ruch może zdecydować nie tylko o losach poszczególnych uczestników spotkania, ale też o tym, czy dojdzie do planowanego przez Kościuszkę narodowego zrywu.

Kino historyczne à la Tarantino

„Kos” z pewnością nie jest typowym filmem historycznym. Przedstawia widzowi pewien wycinek tamtych czasuów, kiedy tytułowy generał próbował doprowadzić do powstania, w którym uczestniczyłaby nie tylko szlachta, ale też chłopstwo. Paweł Maślona pokazuje, jakie w istocie panowały relacje między tymi stanami – pogarda szlachciców połączona nierzadko z uzasadnioną nienawiścią drugiej strony.

W filmie nie brakuje scen przemocy, nierzadko bardzo krwawej. Pojawia się rzeczony szlachcic Wąsowski grany przez Simlata, o skłonnościach wręcz sadystycznych. Bezwzględny w swym dążeniu do powstrzymania Kościuszki jest także rotmistrz Dunin. Z drugiej strony w filmie nie brakuje humoru, często czarnego – także tutaj można zauważyć pewne podobieństwa do stylu Quentina Tarantino.

Z pewnością trzeba podkreślić znakomitą grę aktorską w filmie Maślony. Rzeczywiście, Więckiewicz, Simlat, ale także Bartosz Bielenia (\”Boże Ciało\”) czy Piotr Pacek wznoszą się tu na wyżyny swoich umiejętności. Podobnie roli Jacka Braciaka nie można nic zarzucić. Odważne, nierzadko naturalistyczne zdjęcia Piotra Sobocińskiego juniora i przenikliwa muzyka Mikołaja Trzaski dopełniają znakomitego obrazu tego dzieła.

Czy warto wybrać się na seans „Kosa”? Moim zdaniem zdecydowanie tak. Z jednej strony mamy tu bowiem pewne odczarowanie kina historycznego, z drugiej – znakomitą, choć nierzadko trudną w odbiorze, rozrywkę. Mam wrażenie, że twórcy filmu chcieli pokazać brutalną rzeczywistość tamtych czasów, stawiając ważne pytania dotyczące wolności, człowieczeństwa i tego, ile jesteśmy w stanie poświęcić dla wyższych celów.

Autor: Piotr Słyszyński

fot. \”Kos\” – mat. prasowe filmu

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *